piątek, 25 kwietnia 2008

Dobrymi checiami pieklo jest wybrukowane czyli jak zrobic szkode majac najlepsze zamiary


Pare dni temu dwaj najwieksi w USA minihurtownicy: Wal Mart i Costco zdecydowali sie ograniczyc sprzedaz ryzu w swoich sklepach czy raczej minihurtowniach do pary opakowan przy jednym zakupie. Jak pewnie wielu czytelnikom wiadomo oba te sklepy roznia sie od tradycyjnych hurtowni tym, ze w zasadzie dopuszczaja tez duze transakcje detaliczne. Oznacza to, na przyklad, ze kupujacy musi zgodzic sie na zakup duzych opakowan towarow przekraczajcy typowy zakup na biezace potrzeby jaki by zrobil w supermarkecie. Duze opakowania cechuje nizsza cena jednostkowa tak, ze na ogol takie transakcje sa oplacalne nawet dla detalicznego odbiorcy pod warunkiem, ze ma gdzie przechowywac wzglednie duze ilosci towarow oraz, ze towar ten nie zepsuje mu sie przed wykonczeniem zapasu. Sa to bowiem ilosci, ktore dla przecietnego nabywcy reperezentuja kilku miesieczny zapas. Glownymi klientami tych minihurtowni sa jednak wlasciciele restauracji i malych przedsiebiorstw zywieniowych. Decyzja o ograniczeniu sprzedazy na pewno utrudni im zycie i operacje zakupow. Niewatpliwie tez pokonaja oni te restrykcje wysylajac, na przyklad , kilku pracownikow w miejsce jednego badz dokonujac zakupow w wiekszej liczbie sklepow. W przeciwienstwie bowiem do indywidualnego odbiorcy wlasciciele malych przedsiebiorstw zywieniowych po prostu musza dostac towar, ktory jest im potrzebny do prowadzenia interesu. Inaczej zbankrutuja. Uzasadnieniem restrykcji byla wygloszona przez zainteresowanych hurtownikow opinia, ze ograniczajac wielkosc zakupow chca oni zmniejszyc popyt a tym samym uzyskac obnizenie cen hurtowych ryzu. Tak sie bowiem zlozylo (patrz rysunek) ze w ostatnim roku cena ryzu wzrosla ponad dwa razy co spowodowalo kleske glodu w mniej zamoznych panstwach jak Haiti itp gdzie ryz stanowi podstawowy artykul spozywczy. Czy istotnie obzarstwo amerykanow powoduje nadmierny wzrost cen tego podstawowego artykulu spozywczego? I czy wspomniane restrykcje wywolaja odwrot wysokich cen? I wreszcie czy te ceny istotnie sa spowodowane brakiem towaru na rynku? Odpowiedz na wszystkie te pytania jest negatywna. Spojrzmy bowiem na wykres (kolor niebieski), na ktorym cena ryzu wyrazona jest w zlocie po aktualnym kursie zlota dla danego okresu czasu. Jak widac z owego wykresu zmiany realnej ceny ryzu sa minimalne w okresie lat 1999-2008. Cena realna cwt ( 1cwt= 200 000 lb)ryzu waha sie pomiedzy0.00012 a 0.00028 ozt/cwt i wynosi przecietnie 0.0002 ozt/cwt. Faktycznie cena realna ryzu byla znacznie wyzsza niz obecnie w roku 1998. Tego rodzaju wahania wskazuja, ze producenci bez trudu adaptuja sie do wymagan rynku. Wzrosty ceny nie sa spowodowane obiektywnymi trudnosciami w rodzaju ograniczongo arealu upraw czy braku ziarna na rynku. Sa one spowodowane wylacznie dewaluacja walut, a w pierwszym rzedzie dewaluacja USD bo to jest waluta, w ktorej przeprowadzane sa transakcje na gieldzie surowcowej. Wina za glod w krajach, ktore bezmyslnie utrzymywaly swoj kapital rezerwowy w dolarach , ponosi amerykanska finansjera i Federal Reserve Board. Nikt inny. Kryzys zywnosciowy jest pochodna inflacjogennych decyzji rzadu USA, ktory finansuje swoja awanturnicza polityke zagraniczna przez drukowanie pieniedzy nie posiadajacych stalego parytetu w zlocie. W ostatnich dniach bylem swiadkiem smialych wypowiedzi amerykanskich prominentow w rodzaju G. Schultza , bylego sekretarza stanu, czy J. Stiglitza laureata nagrody Nobla w ekonomii. Obaj prominenci za obecny kryzys , ktory nazywaja slusznie najwiekszym w historii, winia wszystkich z wyjatkiem jego rzeczywistych sprawcow. Czyzby to co tu pisze bylo istotnie tak obce wielkim umyslom amerykanskiej polityki finansowej? A moze wygodniej jest po prostu zrzucac wine na obiektywne trudnosci liczac, ze przecietny czytelnik czy sluchacz nigdy nie zada sobie wysilku by przeanalizowac zagadnienie?
Jesli jednak wypowiadaja sie oni w dobrej wierze to sytuacja jest powazniejsza niz moze sie wydawac. Obecnie Fed. Res. usiluje spacyfikowac smialo rozwijajacy sie kryzys przez dalsze powiekszenie podazy pieniadza. Stad dotacje popodatkowe prez. Busha oraz dalsze obnizenie stop procentowych. Nasi drodzy decydenci wydaja sie nie rozumiec, ze ich lekarstwa tylko poglebia kryzys. Jestesmy w pewnym sensie w sytuacji pasazerow ekonomicznego Titanica. Widzimy gore lodowa na kursie i wykonujemy dwa kolejne, fatalne posuniecia : rozkaz cala wstecz, co zrujnowalo sterownosc statku oraz ostry skret, ktory spowodowal, ze zamiast wzmocnionym dziobem statek zderzyl sie z gora lodowa stosunkowo slaba burta. Powaznie radze, aby kazdy zaczal myslec o przygotowaniu wlasnej tratwy ratunkowej bo na rozsadek naszych drogich kapitanow ekonomii nie ma co liczyc.

Numizmatyka wspolczesna czyli jak nabic obywatela w butelke

Kazdy kto pojawi sie po wieloletniej niebytnosci w USA zauwaza nie tylko nowe niecalkiem zielone banknoty ale takze obfitosc nowych monet. W formie bilonu pojawily sie monety 1-dolarowe, ktore sa w obiegu obok jeszcze istniejacych banknotow o tym samym nominale. Monety te istnieja w kilku edycjach a obecnie jak sie wydaje oczekujemy na nowe monety "prezydenckie", ktore zapewne beda mialy na rewersie wizerunek kolejnych prezydentow USA. Pierwszy , waszyngtonski, element tej serii jest juz w obiegu pojawiajac sie zreszta glownie w automatach sprzedajacych znaczki US Mail. Mamy tez liczna serie monet 25 centowych upamietniajacych stosownym reliefem daty powstania kolejnych stanow USA jako samodzielnych jednostek terytorialnych. Jesli porownamy ta obfitosc wizerunkow ze spartanska gama monet obiegowych powiedzmy lat 70-tych, kiedy to amerykanski dolar jeszcze cos znaczyl to warto sie zastanowic jakie to sily powoduja owa roznorodnosc monetarna jaka obserwujemy obecnie. Czyzby nasz dobry Wielki Bialy Ojciec z Waszyngtonu zamierzal pobudzic nastroje kolekcjonerskie w swoim wiernym narodzie? Istotnie nie brak zachet do tego aby kolekcjonowac owe monety co oczywiscie oznacza praktyczne wycofanie ich z obiegu. Ponadto monety bije Departament Skarbu i wobec tego nie sa one kontrolowane przez Bank Federalnej Rezerwy. To zas daje pewien dodatkowy dochod skarbowi panstwa. Oczywiscie mamy tez nowe monety kolekcjonerskie srebrne i zlote specjalne i bulionowe. Tu zwlaszcza monety srebrne sa dobrym interesem. Na przyklad za tak zwana monete srebrna bulionowa "Walking Liberty" o nominale 1$ musimy zaplacic okolo 25 USD. Moneta ta zawiera 1 uncje trojanska (31.1g) czystego srebra o wartosci obecnej okolo 16.7 USD/ozt. A wiec cena kruszcu stanowi 67% wartosci monety. Oznacza to dla wytworcy okolo 30 % zysk gdyz ceny seryjnego bicia monety nie sa wysokie. Zauwazmy, ze nominal monety, czyli jej wartosc jako srodka obiegu pienieznego wynosi tylko 1 $. Oznacza to, ze kazdy wlasciciel monety faktycznie zamraza swoje zasoby pieniezne w wysokosci 25$ wycofujac je z obiegu przynajmniej do czasu gdy nie znajdzie on podobnego kolekcjonera , ktory by zechcial ja odkupic. Istnieje zreszta w USA duzy rynek irracjonalnych kolekcjonerow na ktorym owe monety, emitowane w duzych nakladach osiagaja przynajmniej katalogowo bardzo wysokie ceny. Ceny te nie sa bowiem uzasadnione wzgledna rzadkoscia obiektow ani dlugim czasem, ktory ubiegl od ich wybicia. Specjalnie wysokie ceny osiagaja monety lustrzane, wybijane ze szczegolna starannoscia i na ogol zopatrzone w stosowny certyfikat. Praktyka bicia monet okolicznosciowych w celu zamrozenia czesci funduszy ludnosci byla tez stosowana w PRLu (n.p. srebrne monety 200 zl). Obecnie podobna praktyke, tylko w znacznie bezczelniejszy sposob, stosuje NBP. Dla przykladu wezmy monete okolicznosciowa, srebrna o nominale 10 PLN , wybita dla upamietnienia nadchodzacej Olimpiady. Jest to moneta o wadze 14.4 g wykonana ze srebra 92.5% a wiec zawierajaca okolo 13.32 g czystego srebra = 0.4283 ozt. Cena kruszcu zawartego w monecie wynosi 15.74 PLN . Jej cena sprzedazy w placowkach NBP wynosi natomiast okolo 80 PLN. Jak z tego widac wartosc kruszcu stanowi tylko okolo 20% ceny zakupu. Jest kwestia dyskusyjna ile warto zaplacic za lustrzana jakosc monety. Wydaje mi sie jednak, ze 80% zysk jaki uzyskuje NBP w tej transakcji jest po prostu zyskiem lichwiarskim w dodatku nakrecajacym fale wtornej spekulacji. Zawsze zas gdy panstwo produkuje tego typu spekulacyjne srodki pseudo-obiegowe oznacza to powazne trudnosci platnicze oraz swiadczy o poziomie dewaluacji, ktory zapowiada nadchodzaca katastrofe finansowa.

środa, 23 kwietnia 2008

Taka jest polska nauka jaka jest polska profesura

Czytajac analizy dotyczace stanu polskiej nauki oraz ubolewania na jej maly wplyw na nauke swiatowa nie moge sie oprzec wrazeniu, ze glownymi sprawcami zapasci sa najczesciej wlasnie ci, ktorzy w tej sprawie zabieraja glos a nawet proponuja reformy. Mam tu na mysli polska profesure. Znaczace ale nienajwyzsze notowania w statystykach wplywu na nauke swiatowa maja jedynie przedstawiciele nauk scislych i matematycy. Polska szkola matematyki, slynna w okresie dwudziestolecia miedzywojennego, nadal nie moze sie odnalezc. Polskie nauki humanistyczne najwyrazniej od roku 1945 podtrzymuja tradycje niewnoszenia niczego interesujacego do nauki swiatowej.
W statystycznych analizach polska nauka wypada gorzej od porownywalnych krajow Europy. Tak znaczna degrengolada nie moze byc spowodowana wylacznie niewlasciwym lub niedostatecznym poziomem nakladow czy trudnosciami stawianymi na drodze awansu zawodowego poprzez koniecznosc posiadania stopnia doktora czy doktora habilitowanego. Trudnosci finansowe moga uniemozliwiac lub spowalniac prace eksperymentalne ze wzgledu na brak aparatury lub odczynnikow. Brak dostepu do nowoczesnych komputerow moze byc powodem trudnosci w pracach teoretycznych. Nie mniej, sa to trudnosci w pewnym sensie stale. Mieli je rowniez naukowcy II RP i PRLu kiedy to podobno nauka polska stala lepiej. Zauwazmy tez, ze kwestia wyposazenia sprzetowego gra znikoma role w naukach humanistycznych, ktore jednak nie wykazuja tendencji do przegonienia przedstawicieli nauk scislych. Jak sie wiec wydaje przyczyna smutnego stanu polskiej nauki musi lezec gdzie indziej. Jest sprawa oczywista, ze warunkiem uzyskiwania nowych i ciekawych wynikow badan jest posiadanie kadr badaczy o odpowiednich cechach intelektualnych i charakterologicznych. Oczywiscie jest bardzo istotne jak dobrze przygotowani sa zawodowo studenci zamierzajacy poswiecic sie karierze naukowej. Jednak znacznie wazniejsze jest to aby kierownicy jednostek badawczych oraz promotorzy prac magisterskich i doktorskich znali dobrze aktualny stan swojej dziedziny badawczej oraz posiadali pelna swiadomosc tego co w owej dziedzinie stanowi wazny i interesujacy a nierozwiazany jeszcze problem. Tej wiedzy nie posiadaja swiezy kandydaci na asystentow czy doktorantow, ktorzy musza wierzyc, ze wybrany przez nich lub dla nich pracodawca pracy naukowej istotnie wie co powinno byc zrobione a nawet ma pewna idee jak ow problem powinien byc zaatakowany. Oczywiscie moga sie znalezc jednostki szczegolnie uzdolnione, ktore potrafia postawic i rozwiazac ciekawy problem naukowy bez pomocy naukowego pryncypala. Sa to jednak wyjatki. Twarda proza pracy naukowej jest taka, ze owa pozadana sytuacja jest zdarzeniem wyjatkowym. Nowy pracownik naukowy pojawia sie w zakladzie, w ktorym istnieje juz pewna aparatura i biezacy ale dosyc niesprecyzowany plan badan i musi sobie znalezc cos do zrobienia w obszarze objetym owym naukowym planowaniem. Ze wzgledu na to, ze plany naukowe sa umyslnie pisane dosc nieprecyzyjnie , aby nie bylo pozniej klopotow z ich wykonaniem, sytuacja w jakiej sie znajduje mlody i poczatkujacy kandydat na naukowca nie jest calkiem beznadziejna. Po okresie poszukiwan na ogol znajdzie on sobie jakis problem do rozwiazania i w efekcie, przy minimalnym wysilku ze strony kierownika badan, zmierza do pokonania kolejnego stopnia kariery naukowej i wypelnienia planu badan ku zadowoleniu administracji jednostki. Problem w tym, ze zagadnienia, ktore wydaja sie nowe i ciekawe od strony niedoswiadczonego adepta nauk nie zawsze ciesza sie podobna opinia w szerszym gronie specjalistow. Pewna ale tylko niewielka role sygnalizatora moga tu spelnic recenzenci czasopism, do ktorych wysylane sa prace. W przypadkach razacych sa oni w stanie wylac wiadro zimnej wody na jalowo rozgrzane umysly tworcow. Rzadko sie jednak zdarza aby prace slabe nie znalazly w koncu jakiejs niszy publikacyjnej. Wiadomo bowiem rowniez redaktorom naukowym czasopism i recenzentom, ze publikacje sa potrzebne ich kolegom do rozliczen z naukowa administracja badan i ze oni sami moga byc niejednokrotnie w podobnej sytuacji. Paradoksalnie, ale to wlasnie precyzyjny system rozliczen z wydanych funduszy dotacyjnych oraz wykonania planow badawczych powoduje, ze publikuje sie szybko i za wszelka cene. Pojawia sie wiec i zamulaja czasopisma prace absolutnie zbyteczne z punktu widzenia ich wkladu do znajomosci przedmiotu. Publish or perish - to jest haslo wspolczesnego menadzera nauki (czyli samodzielnego pracownika naukowego). Ten wlasnie sposob myslenia jest jedna z przyczyn jednoczesnego zalewu informacji i jej relatywnie malej wartosci poznawczej. Moze wiec byloby bardziej wskazane aby nie przesadzac z systemem dotacji otrzymywanych w drodze konkursu ale raczej zapewnic swiezo zatrudnionym kierownikom zakladow czy grup badawczych poziom finansowania wystarczajacy dla wykonania zaproponowanych przez nich aktywnosci badawczych. W chwili obecnej bowiem dominuja wzgledy administracyjne. Pisanie programow badawczych a nastepnie raportow z ich wykonania sa glownymi miernikami aktywnosci zawodowe. Wiele jezeli nie wiekszosc wysilku kierownika badan zuzywa sie wiec na administracje programu zamiast tego by mogl sie on poswiecic pracy merytorycznej i nadzorowi pracownikow badawczych. Te problemy sa znane i wystepuja we wszystkich krajach, w ktorych uprawa sie nauke. Nie sa od nich wolne USA, Wielka Brytania, Francja czy Niemcy. Niewatpliwie, brak wysokiej jakosci profesury jest jedna z przyczyn, dla ktorych poziom badan sie obniza. Jest on jednym z wynikow zdobyczy lat powojenych gdy w Polsce rozpoczela sie na masowa skale polityka awansu spolecznego. Polityka ta, stawiajaca na pierwszym miejscu pochodzenie spoleczne jako kryterium dostepnosci do kariery akademickiej wprowadzila do kadr uniwersyteckich i PAN owskich duze grupy ludzi, ktorzy w normalnych warunkach nigdy by sie tam nie znalezli. Z biegiem czasu ta kadra z awansu dochodzila do coraz wyzszych stanowisk przy jednoczesnej niedobrowolnej lub naturalnej eliminacji tych nielicznych kadr, ktore jeszcze pozostaly jako scheda po II RP. Nauka, ktora z natury rzeczy powinna byc zajeciem elitarnym, w PRLu stala sie jedna z nisza nomenklatury i wygodna przechowalnia partyjnych talentow, dla ktorych zabraklo zapotrzebowania na danym etapie politycznego rozwoju. Dotyczylo to oczywiscie w pierwszym rzedzie komunistycznych "politologow", ktorzy zainfekowali pole nauk humanistycznych. Haslo dostepnosci wszystkich szczebli kariery dla przedstawicieli szeroko rozumianego proletariatu spowodowalo takze obnizenie jakosci i zakresu wymagan na wszystkich szczeblach edukacji. Podobna redukcja wymagan spowodowala w USA tak zwana "affirmative action" . Jak sie domyslam, podobne mechanizmy zostaly tez uruchomione w innych krajach Europy.

niedziela, 20 kwietnia 2008

Z pustego i Salomon....czyli bunt adiunktow

W ciagu ostatnich paru dni pojawiaja sie w prasie liczne wypowiedzi dotyczace projektow reformy nauki i akademii polskiej. Sa one oczywiscie reakcja na najnowsze propozycje Ministerstwa Szkolnictwa Wyzszego ale sam problem byl juz omawiany wielokrotnie tak jak zreszta wielokrotne byly juz proby ulepszania stanu polskiej nauki i dydaktyki szczebla wyzszego. Osoby omawiajace ten problem poruszaja na ogol trzy glowne tematy. Sa nimi: kwestia podwyzszenia jakosci badan i ich percepcji z perspektywy swiatowej, problem uproszczenia procedury awansowej a zwlaszcza ulatwienia dostepu do stopnia samodzielnego pracownika nauki dla przedstawicieli mlodej kadry naukowej oraz zagadnienie sposobu finansowania badan naukowych. Zaden z tych problemow nie jest wylacznie domena nauki polskiej wiec wydawaloby sie, ze najprostsza droga usprawnienia sytuacji byloby spojrzenie na to w jaki sposob rozwiazaly je te kraje, ktore w naszej opinii posiadaja najlepsze wyniki jesli chodzi o poziom badan naukowych oraz poziom szkolnictwa wyzszego i zaadaptowanie go z mozliwie minimalnymi zmianami do warunkow polskich. Jak sie wydaje w gre wchodza kraje takie jak USA, Wielka Brytania czy Niemcy. Z tej trojki USA ma, jak sie wydaje, system o najnizszym wiekowo progu wejscia kandydatow do uniwersyteckiej profesury. Badania naukowe na wyzszym niz uniwersytecki poziomie prowadzone sa w rzadowych centrach badawczych gdzie pracownicy podlegaja klasyfikacji wynagrodzen odpowiadajacym stosownej randze w panstwowej sluzbie cywilnej.
Podobny system obowiazuje w Wielkiej Brytanii. Profesura uniwersytecka w USA nie jest stanowiskiem panstwowym i jest nadawana przez wladze konkretnego uniwersytetu na wniosek odpowiednich Wydzialow. System ten nie jest tak bardzo rozny od panujacego w II RP gdzie istnialy dwa stopnie naukowe: magistra i doktora oraz trzy tytuly naukowe : docenta , profesora nadzwyczajnego i profesora zwyczajnego. Te dwa ostatnie stanowiska laczyly sie z nieusuwalnoscia z miejsca pracy (odpowiednik tenure w USA). Docentura oznaczala prawo do wykladania na wyzszej uczelni co otwieralo droge do zarobkowania w roli wykladowcy akademickiego. W odniesieniu do systemu amerykanskiego docentura odpowiada stanowisku Assistant Professor. Jest to samodzielny pracownik naukowy bez stabilnosci zatrudnienia ale z mozliwoscia starania sie o fundusze badawcze z osrodkow dotujacych oraz z prawem do ksztalcenia przyszlych doktorow. Na ogol taki swiezo upieczony profesor dostaje takze fundusze rozruchowe z Wydzialu, na ktorym jest zatrudniany. Po uplywie okreslonego czasu Wydzial ocenia dorobek publikacyjny, liczbe promowanych doktorow oraz ilosc uzyskanych dotacji i podejmuje decyzje o stabilizacji na stanowisku Associate Professor badz tez rezygnuje z dalszej z nim wspolpracy. Jest to system daleko niedoskonaly ale majacy pewna wewnetrzna logike. Pewniejsze zatrudnienie pod wzgledem stabilizacji zawodowej daja narodowe instytuty badawcze. Jest bowiem wiadomo, ze sluzba cywilna dba o swoich czlonkow nawet wtedy gdy zajmuja sie oni sprawami nieadministracyjnymi. Ponadto badania w narodowym instytucie badawczym czesto maja pewien element tajnosci co powoduje, ze pracownikow zwalnia sie niechetnie. Osobiscie uwazam, ze przyjecie amerykanskiego modelu wyszloby na przeciw postulatom polskich adiunktow. USA nie zna procedury habilitacji ale komisja rekrutujaca kandydatow na stanowisko Assistant Professor (czyli docenta) ocenia jego publikacje, opinie promotora jego doktoratu oraz miarodajnych kolegow oraz rodzaj badan i doskonalosc wykladu. Nie jest to latwy prog do przeskoczenia gdyz w gre wchodzi wiele czynnikow niewymiernych obiektywnie ( jak na przyklad ogolne wrazenie jakie na czlonkach komsji zrobil kandydat czy istotnosc jego projektow badawczych w swietle potrzeb Wydzialu) a po nim jeszcze za pare lat nadchodzi prog stabilizacyjny. Dobrze by wiec bylo aby uzupelnic te plynne kryteria czyms solidniejszym. Mysle tu o testach IQ i przydatnosci zawodowej, ktore obecnie sa juz dobrze opracowane i daja wiarygodne rezultaty. Wydaje mi sie celowe aby kandydaci na przyszlych profesorow wyzszych uczelni posiadali IQ na poziomie powyzej 130 co oznacza, ze kwalfikowaloby sie do stanowiska tego typu okolo 2% calkowitej populacji. Jak wiadomo osoby genialne posiadaja IQ powyzej 150 (osobnicy tacy stanowia okolo 0.1% populacji) wiec proponowany prog 130 nie jest zbyt restrykcyjny. Zainteresowanym polecam dostepny na internecie test http://web.tickle.com/tests/uiqnew aby mogli oni skontrolowac swoje szanse na zakwalfikowanie sie do intelektualnej czolowki. Istnieja takze bardziej szczegolowe testy przydatnosci zawodowej, ktore potrafia doradzic niepewnym jaki kierunek dzialalnosci zawodowej jest najbardziej zgodny z ich usposobieniem i uzdolnieniami. Zauwazmy, ze kandydat do tego pierwszego stopnia profesury jest na ogol czlowiekiem wzglednie mlodym, o ograniczonym dorobku publikacyjnym. Ow dorobek jest tez zazwyczaj wynikiem wspolpracy z promotorami pracy magisterskiej i doktorskiej przedstawia wiec prace powstale w wyniku sugesti bardziej doswiadczonego pracownika nauki. Inaczej mowiac, samo ich poprawne wykonanie i publikacja nie mowi jeszcze wiele o tym czy kandydat jest w stanie postawic nowe i niezalezne od sugesti promotora problemy naukowe. Zakladajac, ze kandydat ukonczyl szkole srednia w wieku lat 18, przeszedl przez 5-6 letnie studia magisterskie po czym spedzil 4-5 lat pracujac nad doktoratem mozemy oczekiwac, ze bedzie on staral sie o docenture w wieku okolo 28 -30 lat. Jaki bedzie jego dorobek publikacyjny w tym czasie czy tez inaczej mowiac ile mozemy od niego oczekiwac w chwili gdy stanie on do konkursu? Jeden z najwybitniejszych fizykow 20-tego wieku, Lew D. Landau , posiadal w swoim dorobku 115 publikacji i 8 ksiazek. Caly ten dorobek powstal w ciagu 42 lat pracy zawodowej. W liczbie tych 115 publikacji mniej wiecej polowa (47%) stanowily publikacje, ktorych byl wylacznym autorem. Oznacza to, ze pracownik naukowy o znamionach genialnosci jest w stanie wyprodukowac przecietnie 2.7 publikacji rocznie z czego 1.45 samodzielnie. Tak wiec mozemy oczekiwac, ze przecietny kandydat na stanowisko docenta powinien sie legitymowac liczba okolo 2-6 publikacji, w ktorych zapewne bedzie glownym wspolautorem. Nie jest to specjalnie duzy material a jego jakosc bedzie w znacznej mierze zalezala od jakosci idei badawczych i skrupulatnosci nadzoru promotora. Trzeba tez pamietac, ze stanowisko profesorskie to w zasadzie stanowisko naukowego menadzera raczej niz badacza. Stad wiekszosc promotorow nie bedzie zapewne posiadac calkiem pelnej informacji o aktualnym stanie wiedzy w dyscyplinie, ktora sie zajmuja a sugerowany temat badan pracy doktorskiej moze sie okazac albo zbyt wyeksploatowany albo nie do rozwiazania. To zas okaze sie dopiero wtedy, gdy doktorant spedzi juz sporo czasu na zaznajomienie sie z owa dziedzina. Z tego powodu nie jest wskazane aby promocja do stopnia samodzielnego pracownika nauki nastepowala zbyt wczesnie. Nabycie wiedzy i zrozumienie tego co jest w danej dziedzinie istotnym problemem do rozwiazania wymaga pewnego doswiadczenia a jego nabycie wymaga czasu.
Wreszcie nalezy tez pamietac, ze nie zawsze czolowy badacz jest rowniez obdarzony talentem administracyjnym i odwrotnie dobry menadzer nauki nie zawsze jest skutecznym badaczem.
Tak jak armia nie moze skladac sie wylacznie z generalow tak i nauka jest na ogol dzielem zbiorowym, w ktorym znaczna role odgrywaja badacze pomocniczy znajdujacy sie na roznych etapach rozwoju naukowego. Nie wszyscy z nich aspiruja do stanowisk menadzerskich i powinna pozostac mozliwosc ich ustabilizowanej zawodowo pracy na stanowiskach badawczych.
Brak tego typu "kadry posredniej" na uniwersytetach amerykanskich jest glowna przyczyna, dla ktorej badania tam prowadzone maja na ogol nienajwyzszy poziom. Po prostu uzyskanie doswiadczenia i wiedzy wymaga czasu a tego nie posiada graduate student ( po 3 latach studiow), ktory musi zrobic w rozsadnym czasie doktorat i opuscic uniwersytet.

środa, 16 kwietnia 2008

Sumy bajonskie?

W polskiej tradycji istnieje pojecie tak zwanych sum bajonskich. Nazwa pochodzi ponoc od miasta Bayonne we Francji. Geneza tego okreslenia tonie w pomrokach slownikow wyrazow obcych. Ja, o ile dobrze pamietam, uczylem sie, ze oznacza ono sumy niesciagalne nalezne Polsce jako element posagu krolowej Bony. Byly to ponoc wierzytelnosci krola Francji, ktory mial je jej zwrocic. W praktyce okazalo sie, ze nie tylko Polska i Zygmunt Stary nie zobaczyli ani grosza (czy raczej centima) ale wierzyciel usunal problem zadluzenia permanentnie mordujac krolowa Bone po jej powrocie. Takiego samego posuniecia dokonal cesarz Napoleon obiecujac Ksiestwu Warszawskiemu zwrot pozyczki gwarantowanej wierzytelnosciami Krolestwa Prus. Wierzytelnosci okazaly sie niesciagalne a i samo Ksiestwo nie potrwalo dlugo. Jak z tego widac rzady polskie maja dluga tradycje dawania nabic siebie i obywateli kraju w butelke jesli chodzi o transakcje finansowe z czolowymi krajami europy zachodniej. Jak zwykle przoduja tu Niemcy i Francja. Jak sie wydaje podobnie dobry interes uczynili Ojcowie Narodu przystepujac do Unii Europejskiej. Od dluzszego czasu dostrzegam w prasie polskiej i slysze w rozmowach prywatnych opiniie jakoby to Unia Europejska inwestowala niesamowite pieniadze w rozwoj Naszej Ubogiej Ojczyzny. Zastanowila mnie ta powszechna wiara, ze "centrum" unijnej administracji kieruje znaczace sumy na peryferie imperium. Doswiadczenie historyczne jesli chodzi o imperia wielonarodowe mowi bowiem cos wrecz przeciwnego. Aby sprawdzic jak w istocie wygladaja te nowe krzepiace dane sprowadzilem sobie dostepny na internecie Maly Rocznik Statystyczny za rok 2007. Tam rozdziale 17 (str. 431-432) znajduje sie zestawienie dochodow i wydatkow RP za lata 2005 i 2006. W dziale przychody znajdujemy pozycje :"Wplaty do budzetu panstwa z UE". Wynosza one odpowiednio w roku 2005 : 2447 mln PLN a w roku 2006: 1985 mln PLN co stanowilo 1% przychodow. Natomiast w dziale Wydatki znajdujemy pozycje "Srodki wlasne UE " z wyjasnieniem, ze sa to sumy pobierane przez UE z roznego typu podatkow. Wynosza one odpowiednio w roku 2005: 9753 mln PLN a w roku 2006: 9839 mln PLN co stanowi 4.4% wydatkow RP. Z porownania obu kwot latwo zauwazyc, ze Polska jest platnikiem daniny do UE , ktora jest okolo 4 razy wieksza niz unijne dotacje jakie ponoc dostajemy. Jak widac tradycja sum bajonskich jakie ida na rozwoj Polski ze strony naszych odwiecznych sojusznikow z zachodu zostala utrzymana. Tylko tak dalej.

wtorek, 15 kwietnia 2008

Dokad zmierzamy?



Wyrazane sa ostatnio opinie, jakoby polska gospodarka byla slabo sprzezona z gospodarka amerykanska i z tego powodu odporna na kryzys pogodnie rozwijajacy sie w USA. Zwazywszy, ze podczas niedawnego wywiadu jaki udzielil CNBC George Soros nazwal on obecny stan rynku amerykanskiego jako "najgorszy kryzys rynkowy ostatnich 60 lat" i "koniec epoki" nie byloby to zjawisko nieporzadane. Soros przewiduje, ze w wyniku tego kryzysu dolar przestanie byc waluta rezerwowa swiata i ze kryzys jeszcze sie poglebi zanim nastapi pewna stabilizacja. Ze sytuacja jest powazna swiadczy takze decyzja Miedzynarodowego Funduszu Walutowego, ktory zaniepokojony spadkiem wartosci USD postanowil rzucic na rynek 13% swoich zapasow zlota aby powiekszyc podaz tego metalu na rynku. MFW posiada 3217 ton zlota a wiec oznacza to, ze na rynku pojawi sie okolo 418 ton zlota czyli 13.45 mln uncji. Odpowiada to zgrubsza odplywowi okolo 13.45 mld USD z rynku (o ile cale to zloto zostanie sprzedane). Istotnie w ciagu ostatnich trzech miesiecy cena zlota spadla nieznacznie (z 1000USD/oz do 910 USD/oz) i utrzymuje sie ona na tym poziomie. MFW zdolal wiec ustabilizowac cene zlota ale nie osiagnal znaczacej obnizki ceny. To zas oznacza, ze istnieje nadal silny popyt na ten kruszec i nie jest wcale powiedziane, ze 418 to zlota ustabilizuje rynek chroniac USD przed dalszym spadkiem. Jak juz pisalem poprzednio uwazam, ze cena zlota nie osiagnela jeszcze swojego maksimum (1700USD/oz), ktore jak przewiduje osiagnie w roku 2010. Obecnie poza granicami USA znajduje sie okolo 6 000 mld USD. Jesli MFW chcialby podtrzymac lub nawet podniesc wartosc USD to potrzebowalby do tego wiecej zlota niz ma do dyspozycji. Oczywiscie nie wiadomo (mi) kim sa owi finansisci, ktorzy zakupuja takie ilosci zlota i w jakim celu to czynia. Zapewne ich zasoby sa tez ograniczone. W kazdym razie widzimy raczej desperackie proby podtrzymania USD co swiadczy o zaniepokojeniu sytuacja ludzi, ktorzy byle czym sie nie przejmuja. Czy jednak Nasza Droga Ojczyzna i jej uboga gospodarka jest istotnie odlaczona od gospodarki USA? Byloby to mozliwe tylko w przypadku gdyby polska gospodarka byla kompletnie izolowana od gospodarek panstw zewnetrznych. Tak oczywiscie nie jest. Powiedzialbym nawet, ze Polska prowadzi nazbyt otwarta polityke gospodarcza czesciowo dzieki niefortunnej decyzji o wlaczeniu sie do UE. Na zalaczonymch rysunkach przedstawiony jest indeks WIG20 wyrazony w PLN i zlocie . Latwo zauwazyc, ze poczatek kryzysu w USA w roku 2000 jest wyraznie widoczny. W roku 2000 WIG20 osiagnal maksimum , z ktorego spadal przez nastepne trzy lata. Tak wiec to co sie dzieje na rynku naszego Wielkiego Bialego Brata wplywa na to co sie dzieje na polskiej gieldzie. Jednak istotnie , po poczatkowym wstrzasie , WIG 20 wykazal trend wzrostowy poczynajac od roku 2003 a konczac na roku 2007. Rok 2008 wykazuje tendencje znizkowa . Osobiscie oczekiwalbym powrotu do poziomu minimum z roku 2003 gdyz nie widze powodow, dla ktorych polski rynek akcji mialby sie stac nagle atrakcyjny dla inwestorow zagranicznych i krajowych. Z drugiej strony, o ile Polska utrzyma relatywnie niski poziom dewaluacji (obecnie okolo 8% rocznie przy 11% poziomie dewaluacji euro i 20% poziomie dewaluacji USD ) to przy rozsadnie wysokiej stopie oprocentowania obligacji mozna liczyc na naplyw kapitalu zagranicznego, ktory moze traktowac inwestycje w Polsce jako sposob na przechowanie kapitalu.







środa, 9 kwietnia 2008

Legendy mieszczuchow



W jezyku amerykanskim istnieje okreslenie "urban legend" czyli legenda mieszczuchow. Oznacza ono poglad rozpowszechniony i powszechnie uznany za prawde ale w gruncie rzeczy pozbawiony uzasadnienia. Takim pogladem jest na przyklad stwierdzenie, ze to dzialanosc ludzka powoduje nadmierna produkcje dwutlenku wegla. Ten zas, bedac tak zwanym gazem cieplarnianym wywoluje systematyczne ocieplenie atmosfery ziemskiej. Za propagownie takich pogladow znane postacie swiata polityki dostaja nagrody Nobla a glowy panstw podpisuja i wdrazaja umowy zabraniajace stosowania paliw naturalnych oraz popierajace rozwoj deficytowych paliw zastepczych. Nic to, ze material naukowy popierajacy ten poglad jest niejednoznaczny. Nic to, ze zwyczajna para wodna, ktora wystepuje w atmosferze ziemskiej w znacznie wiekszym niz dwutlenek wegla stezeniu jest silniejszym gazem cieplarnianym. Nic to wreszcie, ze dzialanosc ludzka w znikomym stopniu zwieksza ilosc dwutlenku wegla jesli wezmiemy pod uwage naturalna produkcje tego gazu. Wszyscy wiemy, ze to dzialanosc ludzka jest winna zaistnieniu tego problemu i wiemy tez jak temu przeciwdzialac. Potrzeba nam po prostu wiekszej ilosci elektrowni atomowych oraz oleju napedowego wytworzonego w drodze reestryfikacji oleju rzepakowego. Zauwazmy, ze spoleczna i rzadowa troska o srodowisko i oszczednosc paliw nie wymaga, na przyklad, ograniczenia poruszania sie w pasazerskich furgonetkach typu SUV czy minivan, ktore zuzywaja znacznie wiecej paliwa niz zwykle samochody pasazerskie. To oczywiscie byloby naruszeniem praw czlowieka. Nie o tym jednak chce mowic. Inna forma "legendy mieszczuchow" jest poglad, ze dzieki wyczerpywaniu sie zasobow oraz wzrostowi liczby ludnosci stale rosna ceny roznego rodzaju surowcow: ropy naftowej, gazu naturalnego, roznego rodzaju zboz i tym podobnych towarow znanych pod angielska nazwa jako "commodities". Trudno zaprzeczyc, ze liczba mieszkancow naszej planety wzrasta lawiniowo a jej powierzchnia nie jest z gumy. Uzasadnienie wiec wyglada racjonalnie. Niestety, tak jak i w przykladzie wspomnianym na wstepie, tak i w tym przypadku poglad ten nie ma dobrego wsparcia w obserwowanych faktach. Juz na jednym z pierwszych wpisow podalem , jak sie wydaje malo znany fakt, ze cena ropy naftowej mimo stale rosnacego zapotrzebowania pozostaje z grubsza rzecz biorac stala jesli tylko przeliczymy amerykanskie dolary, w ktorych jest kupowana, na zloto po aktualnej dla danego czasu cenie zlota. Od 1945 roku za 1 uncje zlota dostajemy przecietnie dwanascie barylek ropy. Oczywiscie istnieja odchylenia ale taka jest wartosc przecietna. Najwyrazniej wahajace sie ceny nie sa wynikiem gry podazy i popytu czy objawem zlosliwosci ze strony producentow ale rezultatem nadmiernej aktywnosci wydawniczej Bankow Rezerwy Federalnej pod wzgledem produkcji banknotow. Mimo wzrostu liczby pojazdow na drogach producenci ropy nadazaja za zaspokojeniem rosnacego popytu na paliwa. Nie ma jeszcze mowy o dojsciu do granicy zasobow. Ten bowiem odbilby sie na realnych cenach ropy ze wzgledu na wyzsze koszty wydobycia coraz trudniej dostepnych zasobow oraz przewage popytu nad podaza. Podobna sytuacja jest z innymi towarami dostepnymi na gieldzie surowcowej. Wiesc gminna niesie, ze zwiekszone zuzycie zboz i kukurydzy spowodowane przeznaczeniem ich na wytwarzanie naturalnych paliw (glownie etanolu) jest powodem wzrostu cen tych towarow. Na rysunku wyzej podaje przykladowe zmiany cen pszenicy oraz ziarna kukurydzianego w latach 1999-2008. Jak widac cena tych artykulow wyrazona w USD istotnie wzrosla (zwlaszcza w ciagu ostatnich dwuch lat). Natomiast ceny tych samych artykulow wyrazone w zlocie (prawa os pionowa -kolor niebieski) pozostaja prawie niezmienione . Ceny realne kukurydzy wydaja sie nawet spadac. Podobnie wyglada sprawa z innymi surowcami wlaczajac w to nawet tak gwaltownie fluktuujace towary jak gaz naturalnu czy cukier. Oczywiscie istnieja pewne fluktuacje wywolane zmiennym w roznych latach urodzajem czy wiekszymi zakupami zagranicznych odbiorcow ale nic nie wskazuje na systematyczny kryzys zaopatrzeniowy.
To co powoduje wzrosty cen to nie kwestie braku czy dodatkowego zastosowania surowcow ale dewaluacja papierowej waluty powodowana przez bank emisyjny. Przyklady jaki tu cytuje dotycza gieldy towarowej w USA ale podobne sa tez przyczyny wzrostu cen surowcow energetycznych oraz zywnosci w Naszej Umeczonej Ojczyznie. Jak podalem w jednym z ostatnich wpisow realny poziom dewaluacji PLN wynosi okolo 8% rocznie a euro 13% rocznie. To oczywiscie musi odbic sie na cenach towarow. Producenci tychze nie zamierzaja bowiem doplacac do naszego dobrobytu. Pamietajmy, ze placac gotowka w gruncie rzeczy wymieniamy zawsze wylacznie jeden towar (zloto) na drugi aktualnie nam potrzebny. Papier interesuje tylko zbieraczy makulatury. Warto tez zdac sobie sprawe, ze o ile nie uzyskujemy w Polsce rocznej podwyzki w wysokosci owych 8% to pracujemy z roku na rok za coraz nizsze wynagrodzenie realne.